Zmierzch Południa

Przebudzenie Zmierzchu

Opowieść Talisa: dzień 1

Dzień pierwszy

Obudziłem się w pogrążonej w mroku komnacie grobowca. Przed oczami majaczyły mi się niezrozumiałe obrazy, pełne obcych, a jednocześnie dziwnie znajomych twarzy. W rękach trzymałem amulet zerwany z kamiennego postumentu. Osadzony w nim kamień mienił się ciepłymi perłowymi barwami. Wiedziony dziwnym przeczuciem założyłem go na szyję.

Zrozumiałem, że byłem uwieziony w starożytnym grobowcu. Ostatnie co pamiętałem to odgłos kamiennych wrót które zatrzasnęły się tuż przed twarzą przerażonej Mili. Komnata w której się znalazłem miała dwa wyjścia. Ciągnące się od nich korytarze łączyły kolejne sale, tworząc zamknięty pierścień, który zbiegał się po przeciwnej stronie pierwszej komnaty. Były w nich bogate stroje, ozdoby, biżuteria. Moja uwagę przykuła jednak niezwykle masywna broń wykonana z przypominającego złoto metalu. Zdawała się być zbyt ciężka aby ktokolwiek mógł nimi walczyć. Wykonane były za to z niezwykłym kunsztem i precyzją. Chwyciłem jeden z nich w dłoń. Na początku poczułem ogromny ciężar. Potem ciężar stopniowo znikał, aż broń zaczęła stanowić jedność z moją dłonią i całym ciałem. Czułem, jak esencja przesiąka przez moje dłonie i broń. Wykonałem zamach, kilka pchnięć, obrót. Broń zdawała się być jak dla mnie stworzona. Budziła się we mnie nie znana do tej pory siła.

nieznany_wr_g.jpg

Ze świeżo zdobyta bronią wróciłem do pierwszej sali. Wiedziałem, że muszę się wydostać na zewnątrz. Muszę odnaleźć kompanów.
Z boku sali dostrzegłem iluminujące się złoto inskrypcje. Wiedziałem, że były tu już wcześniej za to wtedy wydawały mi się tylko wyrytymi w kamieniu napisami. Teraz były jak żywe. Przed oczami pojawiło się widmo postaci w szatach, które przechodziły przez korytarz. Widma dotykały inskrypcji, które zamykały i pieczętowały kamienne wrota. Dotknąłem wypisanych na ścianie słów. Przez moje dłonie przepłynął strumień esencji. Drzwi prowadzące do bocznych korytarzy zamknęły się. Czułem, że jestem bliski uwolnienia się. Zajęło to chwilę zanim nauczyłem się posługiwać tym dziwnym zamkiem, ale kiedy kończyłem obsługa ich zdawała się być już intuicyjna.

Kamienne wrota otwarły się. Za nimi jednak nie było moich towarzyszy. Ruszyłem wzdłuż długiego korytarza prowadzącego na zewnątrz. Moją drogę zamknęły kolejne kamienne drzwi. Zza nich dochodziły odgłosy drapania i próby forsowania. Z boku drzwi wymalowane był znane już mi złote inskrypcje. Nie zastanawiając się długo dotknąłem ich znowu, a drzwi stanęły otworem. Z nieposkromioną furią w moja stronę nadbiegli trzej ubrani w poszarpane szmaty nieumarli. Dobyłem miecza. Byłem zaskoczony jaką łatwość sprawia mi walka z nimi, jak lekko złociste ostrze zatopią się w wysuszonych ciałach przeciwników. Kiedy ich ciała leżały już nieruchomo na posadzce, zamknąłem drzwi do grobowca. Nie chciałem, żeby ktokolwiek dostał się do środka. Z zewnątrz dochodziły odgłosy. Obawiając się o los przyjaciół pośpiesznie ruszyłem dalej.

Na zewnątrz oślepił mnie blask porannego słońca. Było przed południem. Zdałem sobie sprawę, że musiałem być nieprzytomny co najmniej dzień. Zauważyłem piaskowy żaglowiec z poszarpanym masztem, przykryty naniesionym przez wiatr piaskiem. Po towarzyszach nie było śladu. Dostrzegłem za to prowadzoną przez odzianą w pustynny strój postać, prowadzącą grupę około tuzina nieumarłych. Nieznajomy dostrzegł mnie i brązowym kosturem wskazał w moja stronę. Nieumarli zaatakowali. Nowo rozbudzona moc dawała mi nieznaną sprawność, która pozwoliła mi pokonać zajadłych przeciwników. Zostaliśmy w dwójkę ja i mężczyzna w chuście. Już pierwsze starcie pokazało, że to nie będzie łatwa walka. Udało mi się jednak wykorzystać moment nieuwagi przeciwnika i wytrącić mu broń z rąk. Pozbawiony broni mężczyzna przystał na moją propozycję rozejścia się. Pożegnał mnie słowami Bezcelowa łaskawość Anatemo. Przekażę wieści o twojej obecności mojemu Panu. Potem wziął kostur i ruszył w drogę.

Słowa mężczyzny dźwięczały w moich uszach. Anatema.Spojrzałem w swoje odbicie w ostrzu miecza. Na moim czole lśnił złocisty symbol zachodzącego słońca. Nie czułem się jednak przeklęty tak jak mnie uczono. Wiedziałem jednak że coś się zmieniło.

Kiedy zostałem sam zacząłem przeszukiwać obóz w poszukiwaniu śladów moich przyjaciół. Kawałek drogi od obozu znalazłem Kato, jego ciało bylo rozszarpane przez nieumarłych. W myślach przekląłem, że dałem odejść temu mężczyźnie. Mili nigdzie nie było.

Comments

Warenhari Wasillissa

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.